sobota, 25 lipca 2015

Rozdział 42

Usiadł przed płonącym ogniskiem, zaciskając zęby ze złości. Nie zwracał uwagi nawet na Chloe, która jakimś cudem znalazła się obok. Z utkwionym spojrzeniem przed siebie, niczym posąg, siedział nieruchomo, obojętny na to, co działo się wokół. Gdzieś w oddali rozległo się wycie wilka, powodujące gęsią skórkę na ciele dziewczyny, więc instynktownie zwrócił na nią uwagę.
- Co tu robisz? - szepnął, jakby bojąc się, że zakłóci nocną ciszę.
- Jestem tam, gdzie są problemy. Wiem, co się stało z Alice.
Pokręcił tylko głową, co wprawiło ją w lekkie zakłopotanie. Od początku myślała, że najemnik darzył białowłosą niezwykłym uczuciem. Myliła się. Matt wątpił w miłość, przez co zawsze był obojętny w towarzystwie jej osoby. Zamykał się w sobie, nie chcąc okazywać uczuć.
Tylko Resa powoli odkrywała w nim wrażliwego człowieka, którym kiedyś był, ale zmienił się, poprzez złą przeszłość. Nigdy nie poznała kogoś takiego, jak on. Matt otaczał się czymś w rodzaju tarczy obronnej, udając agresywnego najemnika. Ich spojrzenia bursztynowych oczu skrzyżowały się poraz kolejny, gdy uniosła wzrok. Cierpienie jego wnętrza niemal ją wstrząsnęło, gdy dostrzegła spojrzenie pełne udręki i zmęczenia. Kto Ci to zrobił? Nie miała zamiaru odwrócić wzroku, ani się odezwać, bo wiedziała, że nie odpowie, gdy zapyta, co sprawiło jego aktualny stan.
- Jedź do siebie, Bronx. - westchnął bezradnie i odwrócił wzrok.
 Czuła, że celowo użył jej przezwiska, aby ją odtrącić, więc wstała. W milczeniu odeszła w panujący mrok, zostawiając go samego. Jak tylko Chloe odjechała, od razu zaczął żałować, że ją odtrącił. Ona chciała pomóc, a on, przepełniony własną, bezużyteczną dumą, kazał jej odejść. Zrezygnowany uniósł wzrok ku niebu. Pulsujące jasnym światłem punkty, gwiazdy, było ich tak wiele, że stanowiły potęgę nad ciemną otchłanią, otaczającą je wokół. Zadrżał, czując chłodny podmuch wiatru. Nawet się nie poruszył, gdy kilka chwil później nadjechał Logan, stepując na ogierze. Podjechał do niego, uważnie mu się przyglądając, zeskoczył z siodła i przystanął obok.
-Matt?
Logan uniósł brew, lecz jego brat nadal tkwił w miejscu. Nie widział jego wyrazu twarzy, ale dostrzegł spięte ciało. Przeczesał włosy, mierzwiąc je dłonią, stając między siedzącym bratem, a płonącym ogniskiem. Miał dziwne wrażenie, że nie skończy się to dobrze. Mimowolnie zerknął w stronę domu z którego wyłoniła się Resa. Przełknął ślinę, widząc ślady po łzach na jej twarzy, po czym dostrzegł, ledwie widoczne w ciemności, plamy krwi na jej ubiorze. Jak zahipnotyzowany skierował się w jej stronę. Dobrze wiedział, że go nie widzi, bo nie miała takich zdolności, jak on. Zapewne dostrzegała jedynie ogień i jego brata.
- Zostaw ją.
- Co? - spojrzał zdezorientowany na Matta.
- Ogłuchłeś w Gilbroy? Nie zbliżaj się do niej.
Matthew podniósł się i wyprostował, stając naprzeciw niego. Jego spojrzenie było niemal przepełnione wściekłością, a dłoń złożona w pięść. Mimo wszystko spróbował go wyminąć i pójść do Resy, lecz zaraz tego pożałował. Twarda, jak kamień, pięść, uderzyła go w twarz, przez co stracił równowagę.

 Zauważył tylko, jak Resa zatrzymuje się i zamiera, widząc całe zajście, po czym biegnie w ich stronę. Kolejna seria ciosów. Matt niewątpliwie miał nadnaturalną siłę, bo rany po jego uderzeniach nie goiły się od razu.
- Matt! Błagam, zostaw go!
Nie bronił się, bo wiedział, że zrobiłby mu krzywdę. Patrzył tylko na załzawioną dziewczynę, która nie miała odwagi odtrącić Wayland'a, choć niewątpliwie tego pragnęła. Kolejny cios.
Matt nachylając się nad nim, uniósł pięść z zamiarem kolejnego, silniejszego uderzenia. Szczupłe dłonie, zacisnęły się na koszuli jego brata w desperackim geście.
- Jestem w ciąży! Zostaw go!
Oboje zamarli. Najemnik wstał, by potem wyciągnąć dłoń i pomóc mu się podnieść. Logan patrzył nieobecnym wzrokiem na Resę, jakby nie dowierzał. Zostali sami, bo jego brat słusznie stwierdził, że chcą zostać sami. Patrzył na nią w milczeniu, gdy podeszła do niego jeszcze bliżej. Tak blisko, że czuł znajome ciepło. Jego spojrzenie instynktownie przeniosło się na jej brzuch, gdy rozchyliła poły pledu, którym okryła nagie ciało. Dobrze wiedział, że są sami, więc nie miał nic przeciwko jej nagości. Jej brzuch, jak słusznie zauważył, był znacznie zaokrąglony. Łzy napełniły jego oczy, gdy zdał sobie sprawę, jak ją zranił, zostawiając ją samą. Padł przed nią na kolana, nie zważając na błotniste podłoże. Krople deszczu mieszały się z jego łzami, gdy tulił twarz do jej delikatnych dłoni.
- Oh, skarbie... Tak strasznie cię przepraszam. - szeptał, unosząc wzrok ku jej twarzy. - Nie chciałem cię zranić, Res. Jesteś całym moim sercem. Nigdy cię nie opuszczę.
Warga jej zadrżała, gdy dostrzegła jego spojrzenie. Patrzył na nią z dołu, tonąc pod kaskadą kropli deszczu i łez. Nie była w stanie stać, być górą nad nim, więc również padła na kolana. Wtuliła się w niego z całej siły, ciesząc się, że wrócił, że jest. Już ją nie obchodziło to, co mówiła Alice. Patrząc w jego, niemal czekoladowe, oczy widziała, że mówi prawdę. Klęcząc w wilgotnej, błotnistej ziemi, obydwoje płakali, ni to ze szczęścia, ni ze smutku. Rozkoszowali się swoją obecnością, ciepłem i miłością, nie zwracając uwagi na deszcz.
- Pocałuj mnie... - jej cichy szept, zmusił go do otworzenia oczu.
Od razu ujął jej twarz w dłonie i musnął delikatnie jej wargi, po czym pocałował czule i delikatnie, całkowicie się angażując.

Niechętnie oderwał się od jej ust, czując jej chłodną skórę. Wstał i wziął ją na ręce, zostawiając przemoknięty pled na ziemi. Czuł jej szybki oddech, widział rozchylone usta... Wpatrywała się w niego z wyczekiwaniem, a jej nagie, wilgotne ciało wprawiało go w dziwny, lecz znajomy głód. Pokręcił tylko głową, uśmiechając się lekko. Położył ją na łóżku i wyszedł na chwilę do drugiego pomieszczenia, zostawiając za sobą ślady bosych stóp. Wrócił po chwili, trzymając w ręku suche i grube koce. Otulił ją nimi, widząc, że zasnęła przez jego krótką nieobecność. Zdjął mokrą koszulę i spodnie, zostawiając je na podłodze. Nie specjalnie dbał o czystość, ale zdawał sobie sprawę, że niedługo będzie to musiało ulec zmianie, gdy narodzi się dziecko. Usiadł na krawędzi łóżka, przyglądając się uważnie Resie. Moja mała wydoroślała, pomyślał po chwili. Jej ciało i zachowanie, całkowicie zmieniła, odkąd spotkali się po raz pierwszy. Nie była już rozpuszczoną panną, lecz dojrzałą kobietą, która nosi w sobie jego dziecko. Westchnął cicho, chowając twarz w dłoniach. Nie myślał, że ta chwila nadejdzie tak szybko... Tak nagle.
- Nie dam sobie rady... - zerknął na nią, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że go nie słyszy. - Jak taki ktoś, jak ja, ma sobie dać radę? Jak mam być dobrym ojcem?
Zasnął dopiero w środku nocy, obejmując ją ręką.

Obudził się dopiero po kilku godzinach, gdy nie wyczuł obecności Resy. Powoli uchylił powieki i rozejrzał się wokół. Uśmiechnął się lekko, wywracając oczami, gdy dostrzegł poskładane ubrania. Czyste i suche. Weszła do domu, gdy dopinał ostatni guzik koszuli. Uniósł na nią spojrzenie, gdy zatrzymała się tuż przed nim. Jej włosy lekko się kręciły, tworząc delikatne fale.
- Cześć. - uśmiechnęła się szeroko, siadając mu na kolanach, przodem do niego. Tak, że stopy miała za jego plecami.
- Cześć, Śliczna.
Zaśmiała się cicho. Uwielbiał, gdy się śmiała.
- Nie uważasz, że powinniśmy zacząć organizować ceremonię ślubną?
- Przecież mamy dużo czasu... - urwał, widząc, że jej brzuch jest znacznie większy.
- Byłam już u swojego medyka. Dziecko nader szybko rośnie i ciąża nie będzie trwała tyle, co inne, lecz znacznie krócej.
- Ile mamy czasu?
- Dwa, może trzy miesiące.
Przełknął ślinę i dłonią pogładził ją delikatnie po brzuchu. Czuł, jak dziecko się porusza. Poczuł, jak malutka dłoń, łączy się z jego, oddzielona tylko ciałem Resy. Uniósł na nią swój zdenerwowany wzrok, lecz nie zabrał dłoni.
- To chłopiec?
Skinęła głową, obserwując uważnie jego reakcję. Uśmiechnął się tylko i nachylił się w jej stronę, całując ją.




poniedziałek, 6 lipca 2015

Rozdział 41

W środku nocy, gdy srebrzysty księżyc spacerował leniwie po niebie, Logan otworzył nagle oczy, słysząc kroki, choć nie umiał określić, skąd dochodziły te odgłosy. Założył bezszelestnie spodnie na nagie ciało i zerknął na Resę, zastanawiając się, kto o tej porze mógł tu być. Wiedział, że to żaden z najemników, gdyż Matt powiadomił go o tymczasowym powrocie do ich obozu. Wykorzystując swoje zmysły, usłyszał, że osób jest więcej niż  jedna. Odetchnął nerwowo, zaciskając dłonie w pięści, aby móc w każdej chwili zaatakować, gdyby zaszła taka potrzeba. Jak tylko wyszedł z pokoju, skierował się w stronę schodów. Doskonale widział w mroku, więc bez najmniejszego problemu dostrzegł ciemną sylwetkę, która jeszcze była na dole, ale niczym tygrys skradała się w kierunku schodów. Bez namysłu rzucił się w tamtą stronę, gdy jego szpony się wysunęły. Długie na trzydzieści centymetrów ledwie drasnęły mężczyznę, który błyskawicznie oddał cios, sztyletem, ostrym, jak brzytwa, przecinając skórę na jego twarzy. Ku zaskoczeniu nieznajomego, skóra od razu zrosła się, a z rany nie wypłynęła choćby jedna kropla krwi.

Logan, niemal karmiony wściekłością i adrenaliną, przycisnął przybysza do ściany, wbijając szpony w szyję.
- Kim jesteś?! - warknął, patrząc mu prosto w oczy.
Mężczyzna milczał, tylko się uśmiechając. Logan, zdezorientowany nieznajomym chłodem na ciele, wypuścił go z rąk. Obrócił się, dostrzegając dziwny błysk w oczach szatyna. Cofnął się odruchowo, widząc dziewczynę o chłodnym spojrzeniu stalowych oczu. Jej wargi zaciskały się w wąską linię, a długie, jasne włosy opadały kaskadą na ramiona. Zbliżała się do niego powoli, gdy wpatrywał się w mroźne iskry, wydobywające się z jej rąk. Zerknął jeszcze na chłopaka za sobą, który z uwielbieniem wpatrywał się w jasnowłosą.
- Czego chcecie? - mruknął, chowając szpony z powrotem. Opuścił dłonie, widząc, jak kryształki lodu przestają uruchamiać jego nogi.
- Jestem Abbey Astor. - odezwała się, wpatrując się w niego chłodnym spojrzeniem. - Przybyliśmy tu tropem białowłosej Alice, która zagraża tutejszemu społeczeństwu. Mój towarzysz Connor nie chciał cię zranić, Howlett. - nie zareagowała, gdy gestem chciał jej przerwać. - Była tutaj?
Już miał otworzyć usta, żeby odpowiedzieć, lecz przeszkodziła mu Resa, która pojawiła się na schodach. Była zupełnym przeciwieństwem Abbey, która zgodnie ze swoją naturą wyglądała, niczym królowa śniegu. Nawet jej oczy przypominały mu śnieg. Uniósł wzrok na dostojną księżniczkę, idącą w ich stronę. Owinięta w czerwoną, satynową kołdrę, patrzyła bez przerwy na niego, niewątpliwie wyczuwając w nim zdenerwowanie. Może mu się tylko zdawało, ale wyczuł promieniujące od niej ciepło, jakby miała w sobie swoją własną pochodnie. Przeczesał nerwowo włosy, gdy mierząc Connora wzrokiem, zatrzymała się.
- Co tu się dzieje? - spytała, nieco za bardzo dyplomatycznie, jak na nią. Pomimo zaspanych oczu i włosów w lekkim nieładzie nadal olśniewała go urodą.
- Szukają Alice.
Uniosła brwi, spoglądając na dziewczynę, która nie miała zamiaru ustąpić jej płomiennym oczom. Resa zdecydowanie miała przewagę, bo była na swoim terenie, gdzie Abbey nie mogła wykazać się do końca, swoją, mrożącą krew w żyłach mocą. Doskonale wiedział, że jego ukochana posiada moc, której nie rozumie, ale przyjdzie taki dzień, że będzie potrafiła się nią posługiwać i nikt nie będzie w stanie jej powstrzymać. Będzie niepokonana, jak on. Spiął się, widząc, jak Connor zwilża wargę, patrząc na biodra Resy, która pod satyną, jak słusznie podejrzewał, nie miała nawet bielizny.
- Abbey, tak? - zmierzyła ją wzrokiem. - Myślę, że nie macie tu czego szukać, ponieważ z Alice rozstaliśmy się ponad miesiąc temu i nie wiemy, gdzie się znajduje. Proponuję udać się do Gilbroy, gdzie miała się zatrzymać. Macie jakieś konkretne oskarżenia?
- Wasza Wysokość... - zaczęła cicho, pochylając z oddaniem głowę, niewątpliwie była zaskoczona jej wypowiedzią. -  Alice została oskarżona o kradzież na zamku, właśnie w Gilbroy. Okradła księcia Romualda z jego drogocennych przedmiotów. Książę oskarżył ją również o uprawianie czarnej magii w jego kraju.
- Nie wierzę. - mruknął Logan pod nosem, co nie uszło uwadze księżniczki, lecz uznała za niestosowne to komentować. 
-  Gilbroy, Abbey, udajcie się tam. Tu jest mój kraj i zapewniam, że jej na moim terenie nie ma. - bez słowa odeszła, wracając na górę.
Logan zaczekał, aż Abbey i Connor opuszczą budynek, po czym wrócił do sypialni, idąc śladem Resy. Siedziała na łóżku, chowając twarz w dłoniach, gdy wszedł do komnaty. Usiadł obok, patrząc na nią w milczeniu. Nie płakała, więc nie próbował jej przerywać rozmyślań. Nie wierzył w nic, o co oskarżali Alice. Był pewien, że dziewczyna wpadła w tarapaty i znalazła się w złym miejscu, o złym czasie. Zamknął oczy, żeby nie patrzeć na rozchylającą się kołdrę na ciele księżniczki, gdy zasnęła po pewnym czasie. Gdy był pewien, że jej nie obudzi, wyswobodził się z jej objęć i wstał. Wyszedł z komnaty, po czym założył odpowiedni ubiór do jazdy konnej. Wolnym krokiem ruszył do stajni, rozmyślając, jak wytłumaczy się Resie, gdy się obudzi, a jego nie będzie, ale nie martwił się tym na zapas. Postanowił, że wyjedzie do Gilbroy i znajdzie Alice. Musi jej pomóc, bo jak zauważył, nawet jej siostra uwierzyła w oskarżenia, jakimi ją obarczano. Osiodłał najbardziej wytrzymałego konia i pognał na nim leśną drogą, nie oglądając się za siebie. Panujący mrok powoli ustępował wschodzącemu słońcu, gdy minął granicę Gilbroy.


 ***
   Obudziła się, nie czując obok siebie Logana. Mając jeszcze zamknięte oczy, wyciągnęła dłoń, po omacku szukając jego ciała. Nic. Otworzyła oczy i nie dostrzegając go, wstała, ubierając się szybko. Na boso zbiegła na dół i rozpaczliwie rozglądała się na boki.
- Logan!
Odpowiedziało jej tylko echo, przedrzeźniając jej wołania. Otarła łzy, wypływające jej z oczu. Wiedziona swoim wewnętrznym instynktem pobiegła do stajni. Zamarła dostrzegając posty boks, gdzie stał  czarny, jak smoła ogier. Nie panikuj, mówiła do siebie w myślach, może pojechał na przejażdżkę.

Może...

Każdy dzień spędzała w łóżku, kuląc się na nim, jak dziecko. Pewnego dnia, trzy doby po jego zniknięciu, odkryła w sobie dziwną zdolność. Gdy znów zaczęła płakać, jej dłoń zaczęła promieniować kojącym gorącem. Wpatrywała się w nią, a łzy spływające po jej twarzy, zastygły nieruchomo, gdy na jej dłoni  pokazał się płomień. Przyglądała się jemu uważnie, nie odczuwając bólu, który zwykle występował, gdy się oparzyła. Z ciekawości złączyła ze sobą dłonie, sprawiając, że płomień znikł.

Uśmiechnęła się lekko, pierwszy raz, odkąd Logan ją opuścił. Przez kolejne dni pracowała nad swoją mocą, doskonaląc swoje umiejętności. Opanowała ją do tego stopnia, że w każdej chwili mogła wywołać ogień i rzucić kulą ognia w wybrane przez siebie miejsce. Nikt jej nie odwiedzał, więc zaskoczona czyjąś obecnością w ogrodzie, wyszła na balkon. Białe włosy, wyróżniające się na tle zielonej trawy...
- Alice?
Dziewczyna idąca przez ogród uniosła spojrzenie czerwonych oczu i utkwiła je w niej. Było w niej coś innego, coś, co sprawiło, że cofnęła się o krok. Gdy obejrzała się za siebie, dostrzegła mgłę, tworzącą sylwetkę Bronx, która zapadła jej w pamięci.
- Uciekaj. Jesteś w niebezpieczeństwie. - rzekła cicho, lecz wargi nawet nie drgnęły. - Ona jest niebezpieczna. Nie ma w niej Twojej siostry, Res.
 Znikła, rozpływając się, gdy spróbowała jej dotknąć. Zanim zdążyła wybiec z komnaty, Alice pojawiła się tuż obok, wpatrując się w nią wściekłym spojrzeniem. Resa, ogarnięta paraliżującym lękiem, cofała się, aż jej plecy napotkały ścianę. Kręciła głową, nie mogąc się zebrać na wypowiedzenie choćby jednego słowa. Błagalnym spojrzeniem patrzyła na Alice, która, uśmiechając się drwiąco, zbliżała się do niej bezustannie, a w jej dłoni tworzyła się czarna kula. Już to kiedyś widziała.
Azrael...
Pokazywał jej to kiedyś, gdy spytała, jak wygląda czarna magia.
- Alice, co ty robisz? - wyszeptała, drżąc na całym ciele, gdy kula była niebezpiecznie blisko jej, lewitując nad dłonią białowłosej.
- Jeszcze się pytasz, siostrzyczko? - zaśmiała się, wpatrując w jej oczy. - Logan powiedział, że wątpisz w moją niewinność, a ja przysięgłam sobie, że zabije każdego, kto będzie mnie oskarżał.
- Był u Ciebie przez cały tydzień..? - już nie myślała o tym, że może zaraz zginąć, gdy usłyszała jego imię.
- Owszem. Dobrze się bawiliśmy. - w oczach Alice pojawił się dziwny błysk.
Jak sparaliżowana stała pod ścianą, nie zwracając na nią uwagi. Łzy płynęły po jej twarzy, gdy zamknęła oczy, żeby nie widzieć, jak Alice unosi dłoń by nakierować kulę. Oddychała szybko, modląc się, żeby tylko nie bolało. Nie bała się śmierci, tylko bólu... Słysząc urwaną w połowie wypowiedź, otworzyła oczy. Connor przewrócił Alice na ziemię, przebijając jej brzuch na wylot. Po drewnianej podłodze krew tworzyła różne wzorki, rozlewając się na boki. Resa tkwiła w miejscu, nie mogąc się na nic zdobyć. Patrzyła tylko na siostrę, która wiła się w przerażającej agonii. Nie odważyła się do niej podejść, ale gdy Connor zostawił Alice i spojrzał tym razem na nią, wróciła do świata żywych.
- Wasza Wysokość...
- Zabierz mnie stąd... Nie chcę tu być...
Wyciągnął w jej stronę dłoń, lecz ona, sparaliżowana strachem, nawet na nią nie spojrzała. Westchnął nerwowo i z lekkim wahaniem wziął ją na ręce. Ku jego zaskoczeniu, przytuliła się do niego i dopiero teraz zaczęła płakać, niemal dławiąc się własnymi łzami. Delikatnie pogłaskał ją po policzku, chcąc ją w jakikolwiek sposób uspokoić. Dostrzegał w niej normalną, dotkniętą krzywdami dziewczynę, a nie oschłą księżniczkę za jaką ją mieli. Westchnął nerwowo, gdy powoli zasypiała w jego ramionach. Wsiadł z nią na konia i jechał wolno, nie chcąc jej obudzić.

Gdzie ja ją zwiozę..?

Rozmyślając nad celem ich podróży, dostrzegł pędzącego konia z naprzeciwka. Po stroju od razu poznał, że jest najemnikiem, a jego ogier z pewnością pochodził z królewskiej stajni pod Gilbroy, gdzie były te najsilniejsze i najszybsze. Pociągnął za wodze, zatrzymując swoją klacz. Koń najeźdźca zarżał wściekle, gdy ten zatrzymał go nagle, pozbawiając szybkiego galopu. Connor zmierzył szatyna wzrokiem, po czym zerknął na księżniczkę, śpiącą w najlepsze.
- Dokąd ją wieziesz? Kto ci na to pozwolił i co, do cholery, robiłeś na zamku? - warknął głucho, dostrzegając Resę w objęciach mężczyzny.
- Kim jesteś? - Connor nie dawał za wygraną. Najemnik równie dobrze mógł nie mieć dobrych zamiarów.
- Matthew Wayland. Odpowiedz na pytania. - uważnie obserwował twarz dziewczyny, której cera niewątpliwie zbladła. Przełknął nerwowo ślinę, zastanawiając się, co się stało pod jego nieobecność.
Bez słowa zsiadł z klaczy i bez zastanowienia oddał księżniczkę w ręce najemnika. Matt tylko objął ją czule, co upewniło Connora, że nie ma podstaw, aby się obawiać się, że coś jej zrobi.

***

Położył Resę ostrożnie na swoim łóżku w obozie najemników, przeklinając w myślach Logana. Okrył ją starannie kocem i usiadł na krześle obok, żeby mógł przy niej czuwać. Po łzach pozostały już tylko wilgotne ścieżki na jej bladej twarzy. Westchnął cicho, otwierając okno, żeby wpuścić do wnętrza odrobinę świeżego powietrza. Powoli się budziła, mamrocząc coś niewyraźnie pod nosem. Jej szczupła dłoń powędrowała po omacku na puste miejsce obok, gdzie powinien być jego brat. Cierpliwie czekał, aż otworzy oczy i rozbudzi się, żeby móc mu wszystko wyjaśnić.
- Coś ci zrobił? - przeczesał włosy prawą dłonią, gdy już na niego patrzyła. Widział w jej oczach coś dziwnego. Lęk, obawę i przerażenie. Ostatni raz w takim stanie widział ją przy Cristiano.
- Nie.
- Resa...

- Nic mi nie jest.
- Akurat! - warknął, wstając gwałtownie. - Jeśli coś ci zrobił to mi powiedz, a uduszę go gołymi rękoma. Zacznij mówić. Co się stało w zamku?
- Alice nie żyje. Connor ją zabił, ratując mnie. Logan był u niej cały tydzień, nawet mnie o tym nie informując.
Uniósł obie brwi. Wieść o Alice aż tak go nie zaskoczyła, bardziej  zainteresowała go informacja o bracie. Spiął się, zaciskając dłonie w pięści.
- Zabiję gnoja.
Wyszedł z pomieszczenia, zatrzaskując za sobą drzwi.

***

 
 

sobota, 4 lipca 2015

Rodział 40

Tuż o świcie, gdy do komnaty wpadły pierwsze promienie słońca, Resa uniosła lekko powieki, po czym rozejrzała się, czując na sobie znajomy ciężar. Uśmiechnęła się, widząc Logana, obejmującego ją zaborczo, który nawet przez sen nie miał zamiaru jej wypuścić z rąk. Z niechęcią wyswobodziła się z jego objęć i wstała, zakładając jego koszulę. Zapinając powoli guziki wyszła z pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi. Zatrzymała się u szczytu schodów i rozejrzała się ponurym wzrokiem po Sali. Przełknęła ślinę, czując zbierające się łzy. Zamknęła na chwilę oczy, wyobrażając sobie Salę pełną dostojnych ludzi, gdzie nie zabrakłoby znajomych twarzy. Matthew, Sanne i wielu innych bawiliby się w najlepsze, a ona w srebrzystej sukni, tańcząc z Loganem po środku ogromnego pomieszczenia, cieszyłaby się z nowego. idealnego życia. Gdy melodia ucichła, Logan odwrócił się od niej, zwracając uwagę na małego chłopca, który pociągnął go za rękaw.
   Otworzyła oczy, czując na biodrach silne i ciepłe dłonie, wyrywając się ze swojego świata wyobraźni. Zerknęła na mężczyznę za sobą i uśmiechnęła się, zdając sobie sprawę, co zobaczyła. O ile się nie myliła, stał obok niej jej przyszły mąż.
- O czym tak myślisz? - uśmiechnął się, obracając ją w swoją stronę.
- O niczym. - oderwała od niego swój zakłopotany wzrok i znów obejrzała się za siebie. - Chcę odnowić każde pomieszczenie, zaczynając od tej Sali.
Jego oczy jakby się rozjaśniły, gdy doszło do niego, że będzie zmuszony zostać tu z nią. Objął ją szczelnie, jakby nie wierzył, że to wszystko dzieje się naprawdę.
Główne wejście otworzyło się, wpuszczając do środka masę świeżego powietrza. Chwilę potem pojawił się przed nimi Matt. Pochylił głowę przed księżniczką w geście poddania, kładąc dłoń, złożoną w pięść, na swojej klatce piersiowej w miejscu, gdzie znajduje się serce.
- Ja i wszyscy najemnicy, Wasza Wysokość, jesteśmy do twojej dyspozycji. Każdy z nas zrobi wszystko, co każesz, nawet poświęcając swoje życie, aby Cię bronić.
Łzy napłynęły jej do oczu, gdy dokładnie go wysłuchała.
- Nie, Matt, błagam... - rozpaczliwie szukała wsparcia u Logana, lecz on nie miał zamiaru mówić bratu, co ma robić. - Wstań, proszę...
Dopiero, gdy to powiedziała, spojrzał jej w oczy i podniósł się, stając naprzeciwko niej. Uśmiechnął się, przypominając dawnego siebie.
- Przydałoby się tu posprzątać, prawda? - spytał, zerkając na równie dobrze zbudowanych mężczyzn, stojących trochę dalej. - O nic się nie martwcie, wszystkim się zajmę.

Każdego dnia, przez ponad miesiąc, Logan i Resa byli wysyłani poza teren zamku, aby najemnicy mogli doprowadzić do porządku Salę Pojednania, a następnie całą resztę komnat, znajdujących się w zamku. Któregoś dnia wrócili wcześniej z wyprawy konnej, niż zamierzali. Mury zostały pokryte lśniącym lazurytem, który spowodował uśmiech na twarzy Resy. Zwalniając, poprowadziła klacz dalej, rozglądając się z zachwytem po odnowionym ogrodzie.

 Niektóre elementy, nadal posiadały szarawe cegły, podkreślając niezwykły charakter zamku. Odważyła się unieść wzrok na odnowiony, śnieżny pałac, pokryty niebieskawym dachem. Gorące łzy spłynęły po jej policzkach, gdy przekroczyła próg. Sala Pojednania, główny element pałacu, lśniła w każdym miejscu, przeobrażając się w wielką salę balową. Buty do jazdy konnej stukały delikatnie po wyczyszczonych marmurowych schodach. Załzawionymi oczami dostrzegła Matta, czekającego na nich na górze. Dosłownie rzuciła mu się na szyję, okazując całkowitą wdzięczność.
- Dziękuję, Matt.
Tyle mu wystarczyło, żeby się uśmiechnąć. Przytulił ją lekko, z rozbawieniem dostrzegając grymas zazdrości na twarzy brata. Westchnął cicho, zdając sobie sprawę, że tak naprawdę to traktuje ją bardziej, jak młodszą siostrę, niż obiekt westchnień. Logan wywrócił oczami, pociągając Resę w swoją stronę.
- Tak, jesteśmy wdzięczni, ale dość tych czułości, dobrze? - mruknął, mierząc wzrokiem brata.
Wszyscy zaczęli się śmiać, drwiąc z jego zazdrości, więc bez słowa skierował się do sypialni. Resa dogoniła go dopiero na balkonie, gdzie opierając się o balustradę, obserwował krajobraz, otaczający zamek. W oddali piętrzyły się góry, szczytami kryjąc się w chmurach. Rozległe jeziora na zielonych dolinach, tonące w blasku słońca. Po lewej, jak i po prawej stronie wielkiego krajobrazu dominowały lasy, mieszając drzewa liściaste z iglastymi. Jego wyprostowana sylwetka wyglądała niemalże bajecznie w tle tego widoku. Biorąc głęboki wdech, podeszła do niego, mając utkwiony wzrok w stadzie dzikich koni, galopujących na najbardziej oddalonym od zamku pastwisku.
- Jesteś zły?
- Nie, skąd. - warknął, zaciskając dłonie na marmurowej poręczy. - Jestem wściekły.
- Przepraszam... - szepnęła cicho, patrząc tym razem na niego. - Nie wiedziałam, że będziesz zazdrosny...
Zaśmiał się cicho i chwycił ją swoją dłonią, tak silną, a jednak delikatną, obracając ku sobie. Otwierał już usta, żeby coś powiedzieć, lecz zamiast się odezwać, uklęknął przed nią na lewym kolanie, wpatrując się w jej oczy. Wargi jej zadrżały, gdy wyjął z kieszeni spodni małe, pokryte welurową czernią, pudełeczko.
- Droga Reso... - rzekł, obserwując jej reakcję - Zgodzisz się zostać moją żoną?
Skinęła szybko głową, czując napływające do oczu łzy, gdy wsuwał powoli srebrny pierścionek, posiadający fioletowy, szlachetny kamień, na jej serdeczny palec u prawej dłoni. Wstał i wplótł dłoń w jej włosy, złączając ich wargi w czułym pocałunku.
- Kocham Cię.
- Ja Ciebie też. - wyszeptała jednym tchem, tuląc się do niego.
Uśmiechnął się lekko, po czym pogłaskał ją po włosach, muskając delikatnie czubek jej głowy.


piątek, 3 lipca 2015

Rozdział 39

- Kochanie... Nic Ci nie zrobię. - powiedział łagodnie, jakby miał do czynienia z dzieckiem.
- Nie dotykaj mnie!
Cofnął dłoń, słysząc jej podniesiony głos. Jej oczy były pełne bólu, cierpienia i rozpaczy. Po policzkach, niemal strumieniami spływały jej łzy, a ciało drżało lekko. Skuliła się i kołysała w przód i w tył. Zrezygnował z ponownego zbliżenia się do niej, ale to wcale nie oznaczało, że ją tu zostawi. Usiadł pod ścianą, naprzeciwko niej i nawiązał z nią kontakt wzrokowy. Patrząc na niego powoli się uspokajała, lecz zdawało się, że postarzała się o kilka lat przez krzywdy, jakie doświadczyła odkąd pojawił się w jej życiu. Nie wytrzymał i wstał nagle, mając w niej utkwione spojrzenie pociemniałych oczu. Bez słowa przerzucił ją sobie przez ramię, nie zwracając uwagi na niedojrzałe, niemal dziewczęce lamenty. Pokazując, kto tu rządzi, specjalnie klepnął ją mocno w pośladki, gdy zaczęła się zbytnio wyrywać. Z zadowoleniem stwierdził, że zamilkła, zaskoczona jego zachowaniem.
- Dokąd mnie zabierasz?
Jej głos, niczym pierwsze promienie słońca, wybudził go z rozmyślań. Uśmiechnął się lekko, stawiając ją przed sobą, gdy byli już przy pasących się koniach.
- Jedziemy do Twojego domu. Tam, gdzie powinnaś być. - pogłaskał ją po policzku, wpatrując w jej fiołkowe oczy.- Nie uważasz, że księżniczka powinna mieszkać w zamku?
- Nie wiem, czy powinnam tam mieszkać.
- Powinnaś.
Bez słowa posadził ją na klacz jej brata, który prawdopodobnie nigdy nie pójdzie w zapomnienie. On natomiast osiodłał karego ogiera, którego od razu pognał w stronę leśnej drogi, kończącej się na tyłach zamku. Nie miał wątpliwości, że Resa bez protestowania pogna za nim, więc nawet się nie obejrzał.
Odetchnął głęboko, gdy minęli prowizoryczne ogrodzenie obozu, składające się w większości z drutu kolczastego. Już nigdy nie wrócę do tego przeklętego miejsca, pomyślał. Czuł, jak jego mięśnie drżą, niemal błagając, żeby pozwolił im sobą zawładnąć. Nie znosił tego. Ciągła walka z żądzami swojego drugiego oblicza. Modlił się w duchu, żeby się nie poddać w towarzystwie księżniczki, która i tak robiła się blada, jak ściana, gdy do niej podchodził. Z drugiej strony cieszył się ze swojego przekleństwa, z chorobliwej potrzeby władzy nad kimś. Dzięki temu mógł ją chronić. Za każdym razem, gdy ktoś był w jej pobliżu, był niezwykle czujny, a jego zwierzęce instynkty ledwo panowały nad jego przemianą w wiecznie wściekłego potwora, którego nikt by nie powstrzymał. Tylko dzięki temu zabił wszystkich, którzy ją skrzywdzili, jednak Torn najbardziej zapadł mu w pamięci. Zacisnął dłoń na wodzach i zaklął pod nosem, przypominając sobie, jak potraktował Resę. Rozluźnił się, gdy dziewczyna go wyminęła, gnając w stronę bramy. Jej włosy nieco pociemniały, stając się bardziej brązowe, niż rude, ale i tak je uwielbiał. Odwróciła się w jego stronę, jakby czytała mu w myślach i posłała miły uśmiech, składając cichą, niewypowiedzianą obietnicę, że zawsze będzie mógł ich dotknąć.

Przepuścił ją pierwszą w potężnych drzwiach. Sala Pojednania stała się jedną, wielką masą kurzu. Wnętrze cuchnęło nieprzyjemnym fetorem, który drażnił zmysły. Pustka ogarniała każde pomieszczenie w zamku o ogromnych wielkościach. Widok, jaki zastali był nie do opisania. Nawet marmurowe schody pokryły się dziwnym, zielonkawym kolorem. Pod stopami dało się wyczuć grubą warstwę brudu. Logan odruchowo zakrył usta dłonią, czując obrzydzenie do tego miejsca. Bez choćby jednego słowa poszedł śladem Resy na górę, prawdopodobnie do jej sypialni. Zastanawiając się nad tym, gdzie wszyscy się podziali, wpadł na pewien trop. Na schodach były dziwnie nieznajome ślady butów, po których wywnioskował, że ich właściciel gdzieś się spieszył. Nie komentował tego, śledząc wygłodniałym wzrokiem biodra księżniczki. Mógłby ją rozebrać nawet tutaj, nie zważając na brud i nieprzyjemną woń, unoszącą się w każdym pomieszczeniu. Obróciła się w jego stronę, gdy byli już w jej komnacie. Nie rozumiał dlaczego tam smród nie dotarł, a w powietrzu unosił się zapach róż, kwitnących o tej porze roku. Zamknął za sobą drzwi, nie odwracając od niej wzroku.
- Co ty ze mną wyprawiasz... - wyszeptał jednym tchem, rozpinając dwa górne guziki jego koszuli.
Tylko się uśmiechnęła, wyciągając dłoń w jego stronę. Nie dziwił jej się, że chce się rozluźnić i zapomnieć o otaczających ją problemach, więc od razu podjął się wyzwania i chwycił jej delikatną dłoń. Ich oddechy współgrały w jedną całość, gdy powoli, bez zbędnego pośpiechu, zdejmował z niej suknię. Pozbywając się również jej bielizny, pociągnął ją w stronę łóżka, nie odrywając od jej warg. Z uśmiechem obserwował, jak wiła się na łóżku, gdy on rozbierał się, obmyślając plan. Nauczyła się, że nie lubi, gdy go dotyka, więc posłusznie trzymała ręce wysoko nad głową.

Jesteś taka bezbronna...
I tylko moja...

Zostawiając jej wargi, sunął językiem po jej szyi, kąsając mocno zębami, zostawiają bladoróżowe ślady. Prawą dłoń wplótł w jej włosy i zacisnął, starannie unieruchamiając jej głowę. Gryząc ją, dotarł do piersi, gdzie na długi czas się zatrzymał. Jej ciche jęki sprawiały, że był jeszcze bardziej zachłanny. Widząc, jak się wierci, wpił się w jej wargi i zaczął ją zachłannie całować. Wszedł w nią, otrzymując w odpowiedzi kolejne jęki, lecz nieco głośniejsze niż zwykle. Ku jego zaskoczeniu wytrzymała dość długo, zanim rozpadła się na, zdawałoby się, tysiące kawałków. Zasnęli, splecieni ze sobą w niezwykły sposób, rozkoszując się swoją bliskością.



środa, 15 kwietnia 2015

Ważne.

Chyba mam dobre wieści..
Wznawiam tego bloga. Dajcie znać, że jeszcze tu jesteście. Czekam na komentarze z propozycjami na dalsze losy naszych bohaterów.

<3

piątek, 5 września 2014

Rozdział 38

Wzrokiem odprowadziła Matta i resztę najemników, gdy odjeżdżali w stronę lasu. Poczuła na sobie wzrok ciemnookiego chłopaka, który ją obejmował, więc uniosła głowę.
 Jego oczy były pełne udręki i współczucia, po uśmiechu nie został nawet ślad.
- Co się stało? - szepnęła, czując lekką obawę.
- Skarbie, ja...
- Zaczynam się bać.
- Będę musiał wyjechać. Na długo. -  patrzył w jej oczy, badając jej reakcję. - Wrócę, obiecuję, ale nie jestem pewien, czy... w jednym kawałku.
Przełknęła ślinę, a jej oczy momentalnie zrobiły się szklane. Zaczęła szybciej oddychać i odwróciła wzrok.

Nie...
Tylko nie to.

Postanowiła być twardą, zachowywać się, jak na dojrzałą osobę przystało, ale w zaistniałej sytuacji... Nie wytrzymała. Wyswobodziła się z jego objęć, wstała i poszła w stronę ich tymczasowego domu, który już nim nie był. Nie wierzyła, że to robi. Wbiegła do środka i zdjęła z siebie koszulę, po czym ubrała się w swoją suknię. Drżącymi dłońmi związała włosy i odwróciła się w stronę wyjściowych drzwi. Napotkała jego zagubiony wzrok, który jednocześnie był wygłodniały, ale mimo wszystko, patrzył tylko w jej oczy. Stał w przejściu i nie miał zamiaru jej przepuścić, skrzyżował ręce na piersi, eksponując swoje mięśnie. Przygryzła wargę, a on uśmiechnął się lekko i podszedł do niej. Jego tęskny wzrok wypalał w niej dziury, niemal dosłownie. Dotknął jej policzka, a dreszcz, który ją przeszedł, poczuła w swoim podbrzuszu. Wydała cichy jęk i wtuliła się w niego, a jego dłonie sunęły wzdłuż jej pleców, zjeżdżając coraz niżej, niżej i niżej...
 http://24.media.tumblr.com/fb9a912631b5d9559df8e6d53e589d42/tumblr_n0q5kfZpNV1sx7y9so1_500.gif
Jej mięśnie się napięły i zamknęła oczy, zapominając o wszystkim, co czuła przed chwilą. Wsunęła palce w jego włosy i złączyła jego usta ze swoimi w czułym, delikatnym, jednocześnie zachłannym pocałunku. W momencie, gdy jego dłonie zatrzymały się na pośladkach, otworzyła szeroko oczy. Zacisnął je lekko i uśmiechnął się łobuzerko, wpatrując w jej fiołkowe oczy.

Co on ze mną robi? Jestem spragniona jego dotyku, drżę z podniecenia. Kiedyś myślałam, że nigdy nie poczuję czegoś tak... intensywnego. Jego wargi są takie ciepłe i delikatne, a dłonie silne i kojące ból, który czułam w środku. Nie może wyjechać i mnie zostawić. Nie pozwolę mu. Nigdy.

Jej sukienka po raz drugi znalazła się na podłodze i pchnął ją na łóżko. Jęknęła, widząc płomienną miłość w jego ciemnych oczach. Poddała mu się. Całkowicie.

* * *

Siedzieli na łóżku, przytulając się do siebie nawzajem. Owinął ją kocem, który zakrywał jej nagie ciało. Ich oddechy powoli się uspokajały po chwili przepełnionej emocjami, zapierającymi dech w piersiach. Opierając się o jego klatkę piersiową, zastanawiała się, jak często spędzał tak czas. Jego dłonie i nieustępliwy język były tak odważne, że nie miała wątpliwości, iż miał doświadczenie. Zamierzała go o to spytać, ale nie teraz. Kątem oka zauważyła, że ma zamknięte oczy, więc skorzystała z okazji i przyjrzała mu się. Jeszcze nigdy nie była w takiej sytuacji, by móc patrzeć na niego, gdy śpi. Wyglądał, niczym grecki bóg. Dobrze zbudowany, po prostu idealny. Tracąc nad sobą panowanie, dotknęła jego policzka i pogładziła go delikatnie, uśmiechając się lekko.
- Cześć. - szepnął sennie, łapiąc jej dłoń.
- Hej... - musnęła lekko jego wargi, po czym spojrzała mu w oczy.
Patrzyli tak na siebie dobre kilka minut, póki z zewnątrz nie dobiegły ich odgłosy kopyt. Spięła się, bo coś jej nie pasowało. Było wyraźnie słychać, że koń jest jeden, a chłopców wyjechało ponad dziesięciu. Ciężkie kroki za drzwiami przyprawiły ją o gęsią skórkę. Logan wstał, zakładając najpierw spodnie i poszedł w stronę drzwi. Zerknął na nią, jakby się czegoś obawiał, ale potem skupił swoją uwagę na poruszającej się klamce. Zacisnął dłonie w pięści, a jego szpony wysunęły się. Były długie na trzydzieści centymetrów. Resa skuliła się na ich widok, ale szybko przywróciła się do porządku, słysząc otwierające się drzwi. Zmierzyła wzrokiem przybysza, który wszedł do środka. Ciemne, skórzane buty. Zielone oczy. Złotawa peleryna. Korona.

Nie... Tylko nie on...

Torn ominął chłopaka i poszedł w jej stronę. Jego oczy, gniewne i ponure, sprawiły, że przełknęła ślinę z przerażenia i zakryła się kocem, jak dziecko, myśląc, że jej nie zobaczy. Drżała i zagryzała mocno dolną wargę. Koc nie był gruby, więc dostrzegła, jak mężczyzna wyciąga rękę, żeby ją odkryć. Nagle się zatrzymała, nie, coś ją zatrzymało. Jego knykcie pobielały w skutek zaciśniętej dłoni Logana na jego przedramieniu.
- Zostaw. - warknął cicho i przymrużył oczy. - Nie waż się jej tknąć.
Ku jej zaskoczeniu, nie krzyczał, lecz mówił spokojnie. Był czujny, jak tygrys, podchodzący swoją ofiarę i szykujący się do ataku. Torn uniósł brew z rozbawieniem i zerknął na niego przez prawe ramię. Dzikość w jego oczach była niemal namacalna. Kopnął go z całej siły, zaskakując całkowicie, po czym zerwał z niej prześcieradło. Przyjrzał się jej uważnie i oblizał nerwowo wargi.

To poniżające...

Logan leżał nieprzytomny pod ścianą, a ona kolejny raz bała się kogoś, kto wydawał jej się bliski. Kiedyś.
- Wstań.

Chwila... On mi wydał polecenie?

Zerka nerwowo na chłopaka leżącego pod ścianą, po czym wstaje, obejmując się ramionami, starając się zakryć większość nagiego ciała. Torn dotknął jej piersi, przyglądając się jej uważnie. Cofnęła się gwałtownie, odsuwając od jego dłoni. Kręciła głową, szepcząc coś nie wyraźnie, ale on przybliżył się.
- Chciałem tego uniknąć, ale nie dał mi wyjścia.
Zostawił ją i podszedł do przebudzającego się Logana. Podniósł go do góry i posadził na krześle, unieruchamiając mu linami nadgarstki i nogi.
- Zapewnię ci darmową rozrywkę, Howlett. - powiedział tak cicho, żeby usłyszał go tylko on. - Zabiłeś Cristiano, przeleciałeś moją podwładną. Tak, dobrze słyszysz. Resa, nie jest moją córką, kupiłem ją od jej rodziców, po czym ich zamordowałem, gdy nie chcieli mi jej oddać na zawsze. - patrzył mu w oczy. - Teraz znasz prawdę, wiesz po co mi ona była. Nie planowałem, żebyś przy tym był, ale skoro tak... Popatrzysz sobie.
- Spróbuj ją tylko dotknąć...
- Chcesz zatyczki do uszu? Będzie krzyczeć. Jęczeć. Bardzo głośno. - uśmiechnął się ironicznie, a następnie zaśmiał, widząc jego przerażoną minę. Wrócił do niej wolnym krokiem, przypominając jej Cristiano.
- Nie, proszę... - po policzkach płynęły jej niechciane łzy.
- Ćśś...
Wpatrywała się w niego z niepokojem, trzęsąc się ze strachu. Mimo adrenaliny pulsującej w jej żyłach, nie była w stanie zareagować. Rozejrzał się po pokoju i dostrzegając krawat Logana, uśmiechnął się tajemniczo. Wziął go do ręki i zakrył jej oczy. Nic nie widziała, przez co wyczulił się jej słuch i węch. Cichy brzdęk sprawił, że rękoma szybko zabrała się zdejmowanie opaski na oczy. Powstrzymał ją, łapiąc je brutalnie i wykręcając za plecy, po czym związał je czymś metalowym. Jęknęła cicho, gdy niespodziewanie wdarł się swoim językiem między jej wargi. To było przytłaczające. Nie mogła nic zrobić.Wyprostowała nogę, żeby odepchnąć go od siebie. Uderzył ją czymś z całej siły, sprawiając, że krzyknęła głośno. Logan zacisnął szczęki, starając się rozerwać więżące go liny. Kierowały nim sprzeczne emocje. Wściekłość i smutek. Ból, promieniujący z ciała Resy. Znieruchomiał, widząc, jak spodnie Torna opadają na podłogę i zbliża się on jeszcze bardziej do dziewczyny. Zamknął oczy, słysząc jej głośne krzyki i jęki, docierające do niego ze zdwojoną siłą. W końcu wszystko ucichło, otworzył oczy i zamarł. Resa miała zamknięta oczy, oddychała ciężko, krztusząc się własnym płaczem. Mężczyzna, stojący tyłem do niego sięgnął po deskę, której użył już wcześniej, gdy zaczęła się bronić. Tego było za wiele. Napiął wszystkie mięśnie, po czym rozerwał liny. Rzucił się z szałem w oczach na Torna, który zupełnie się tego nie spodziewał, bo już miał zadać kolejny, równie bolesny cios. Przebił go na wylot szponami, po czym wsunęły się one z powrotem. Odsłonił oczy księżniczki i przyjrzał się jej ze współczuciem. Wyciągnął dłoń i pogłaskał ją po policzku. Odtrąciła go. Widział, że jest w szoku, ale zupełnie go tym zaskoczyła.
- Nie dotykaj... - wyszeptała, schrypniętym głosem. - Zostaw...

* * *




czwartek, 4 września 2014

Rozdział 37

Resa przebudziła się późnym rankiem, nie otwierając nawet oczu, wyciągnęła dłoń przed siebie w poszukiwaniu Logana. Napotykając na drodze swoich palców, delikatne kolce, uniosła powieki i uśmiechnęła się lekko na widok róży z płatkami w kolorze fioletu.

Moja ulubiona...

Przeciągając się leniwie, wstała z łóżka i owinęła się niebieską koszulą, która leżała na podłodze, jak większość ubrań. Doprowadzając swoje włosy do porządku, zastanowiła się chwilę nad tym, co się stało. Wczoraj o mało nie straciła tego, którego kocha najbardziej. Mało brakowało, a jej ojciec za pomocą swojej gwardii, zabiłby go. Publicznie, poprzez powieszenie. Teraz już miała pewność, że nic ją z Tornem nie łączy. Nawet nie jest do niego podobna. Westchnęła cicho, wpatrując się w odbicie swoich oczu w lustrze, zdała sobie sprawę, że jednak kogoś jej brakuje. Azrael był jedyną osobą, której ufała bezgranicznie, zanim poznała ucznia swojego ojca. Nie, nie ojca. Złoczyńcy, zabójcy i egoisty. Taki właśnie był prawdziwy Torn Indietro. Nie chciała go więcej widzieć. Wbrew pozorom nie uroniła nawet jednej łzy, wspominając najgorsze momenty swojego dotychczasowego życia. Przez to, co przeszła, zmieniła się i to bardzo. Nie płakała z byle powodu, jak dziecko. Nie rozkazywała wszystkim, jak księżniczka. To już przeszłość. Stała się dorosłą i dojrzałą kobietą, która śmiało będzie brnąć na przód w poszukiwaniu swojej rodziny. Odłożyła szczotkę na szafkę przy łóżku i wyszła z domku, trzymając w dłoni różę, uważając na malutkie, niedostrzegalne kolce. Logan z Mattem rozpalali ognisko nieopodal, byli też tam inni najemnicy, którzy pochylili się lekko, dostrzegając ją. Widząc reakcję innych,Logan odwrócił się w jej stronę, a jego czekoladowe oczy spojrzały na nią. Uśmiechnął się lekko, przeczesując dłonią włosy. Kochała, gdy to robił, zdała sobie z tego sprawę właśnie teraz. Wpatrywali się w siebie, milcząc. Przygryzła lekko wargę, a on, jak na zawołanie skierował się w jej stronę. Czekając na niego, nie odrywając nawet na sekundę wzroku, coś sobie uświadomiła. Teraz liczy się tylko jedno.
 Ona i Logan.
 Razem.
 Już na zawsze.

* * *

Będąc już blisko niej, objął ją na poziomie bioder, przyciągając ją do siebie. Na jego ustach znów pojawił się ten niezapomniany łobuzerski uśmiech, który sprawił, że ugięły się pod nią kolana. Bez pośpiechu przybliżył swoje usta do jej warg i złączył je w czułym i delikatnym pocałunku. Wsunęła w jego włosy dłonie i pogłębiła pocałunek, lecz on jej przerwał, odsuwając się nieco i splatając swoje dłonie z jej.

- Nie teraz, Kochanie... - wyszeptał do jej ucha, mrucząc cicho. -  Nie chcę, aby Matt na to patrzył. Zazdrosny jestem. - uśmiechnął się i odgarnął z jej czoła niesforną grzywkę, po czym ucałował ją w nie.
Rozpływała się w jego ramionach, czując, jak budzi się w niej pożądanie. Wystarczyło, że na nią spojrzał, uśmiechnął się, czy też wyszeptał coś do jej ucha, a ona była gotowa zrobić dla niego wszystko.
- Jak się spało? - uniósł prawy kącik ust, patrząc jej w oczy.
- Wyśmienicie.
- Chodź, zjemy coś.
Złapał ją za rękę i poszli w stronę Matta i reszty. Przypomniał jej się pierwszy dzień w tym miejscu, zadrżała lekko, czując szorstkie dłonie na jej ciele. Słysząc męski, spokojny głos. Spięła się i zupełnie zapomniała o tym, gdzie jest. Z koszmaru na jawie, wybudził ją dotyk ciepłej i silnej dłoni na swoim ramieniu i cały strach minął, jak ręką odjął. Logan objął ją szczelniej.
- Wszystko w porządku?
- Tak, oczywiście... - szepnęła, zdając sobie sprawę, że siedzą już przy ognisku. - Po prostu, mam złe doświadczenie z tym miejscem.
Kiwnął głową i podał jej kawałek jakiegoś owocu, którego nie znała. Był smaczny i rozpuszczał się w ustach. Przymknęła lekko oczy, wtulając się w tors chłopaka.

* * *


sobota, 30 sierpnia 2014

Rozdział 36

Usłyszała ciche, niesłyszalne dla ludzkiego ucha, rżenie koni. Bez zastanowienia skręciła w lewo. Przyspieszyła, po chwili jej ogier gnał przez zarośla, jak szalony. Nawet nie próbowała go zatrzymać, bo zdawała sobie sprawę, że ma coraz mniej czasu. Dotknęła dłonią małej fiolki, spoczywającej na jej piersi. Ciecz powoli traciła swoje naturalne ciepło, które było porównywalne nawet do temperatury powierzchni słońca. Odetchnęła z ulgą, widząc ruch w oddali. Gdy już dotarła na miejsce, zeskoczyła z kulbaki i zsunęła kaptur z głowy. Łowcy wpatrywali się w nią z dystansem, a białowłosa unikała jej wzroku. Nie dziwiła się im, w końcu nie była normalna. Była czarownicą, wiedźmą, posługującą się czarną magią. Jedyną i niepowtarzalną, która była w stanie zabić każdego, bez zbędnego wahania się. Wysoki mężczyzna o bursztynowych oczach podszedł do niej bez słowa i odciągnął ją na bok. Od razu go poznała. Matthew Wayland, nieustraszony najemnik z gór. Pochyliła głowę, żeby nie patrzeć mu w oczy, gdyż był on jedyną osobą, której mogła się obawiać, poza Loganem. Oparł ją o drzewo i zmierzył ją wzrokiem, zdając sobie sprawę, że jest wyższy i ma przewagę, uśmiechnął się lekko.
- Spodziewałem się Ciebie, Bronx. - uniósł jej głowę za podbródek, pozwalając spojrzeć sobie w oczy. - Gdzie Logan?
- Ja...
- Mów. - mruknął, mrużąc oczy, przez co wyglądał nieco groźniej. Zadrżała lekko. - Gdzie jest mój brat? Wiem, że z Tobą był.
- Jest skazany na śmierć... - wyszeptała, wpatrując się w jego oczy, które mimo drapieżnego błysku, jak u niej, posiadały uspokajającą barwę.
Patrzyła w milczeniu na Matta, którego myśli gdzieś zbłądziły. Zachowywał się tak, jakby go tu nie było. Jakby duszą był w innym miejscu. Położyła mu dłoń na ramieniu, próbując przywrócić go do normalnego stanu i w końcu na nią spojrzał.
- Kiedy? - wychrypiał, patrząc na nią błagalnie. Jego wzrok był hipnotyzujący, zwilżyła wargi, czując, jak uginają się pod nią nogi. Zrobiło jej się tak gorąco, iż miała wrażenie, że jest cała czerwona na twarzy. Odchrząknęła, przywracając się do rzeczywistości.
- Został mu ostatni dzień. Matt, ja próbowałam...
Nie dokończyła, widząc, jak jego oczy stają się ciemniejsze. Nie wiedziała, czy to z wściekłości, czy też ze smutku, ale nie miała zamiaru kontynuować tej rozmowy. Miała dość patrzenia w te bursztynowe oczy, które cierpiały przez jej słowa. Miała inne zadanie. Przedostała się do Łowców i stanęła przed Azraelem, dostrzegając w nim rysy twarzy księżniczki. Na początku jej nie widziała, lecz gdy się uważnie rozejrzała, zauważyła rudy warkocz, wyłaniający się spod sterty koców. Noce były zimne, a księżniczka umierała, więc wcale nie zdziwił jej fakt, że jej ciało było całe zakryte. Zerknęła na pozostałą trójkę, dając do zrozumienia, że chce porozmawiać z brunetem w cztery oczy. Gdy już wszyscy odeszli, a wysoki, ciemnowłosy mężczyzna usiadł na jednym z prowizorycznych siedzeń, zrobionych z kawałków drewna, westchnęła cicho, starając się ułożyć w głowie słowa, jak powiadomić Azraela o zaistniałej sytuacji.
- To jest krew feniksa. - powiedziała powoli, pokazując mu fiolkę z cieczą, która z godziny na godzinę stawała się chłodniejsza. - Ktoś musi oddać życie za księżniczkę Resę, wypijając ten eliksir. Tak, jest to bolesne. Bardzo bolesne, rzekłabym. - mówiła ciągiem, czytając myśli swojego rozmówcy, aby nie musiał zadawać zbędnych pytań. - Uznałam, że któreś z was powinno się poświęcić. Ty, Azrealu, bądź białowłosa czarodziejka, Alice.
Po tych słowach nastała niezręczna cisza, którą przerwały ciche kroki. Chloe ujrzała drobną, czerwonooką dziewczynę, która niepewnie spojrzała jej w oczy, podchodząc bliżej.
- Zaraz, zaraz... - wyprostował się Łowca, zerkając w stronę młodej czarodziejki. - Dlaczego ona? Ja jestem bratem księżniczki, ale ona...?
- Ona jest siostrą. - wtrąciła Chloe cicho. - Wiem, że to nie jest dobra pora, ale muszę wiedzieć, które z was wypije eliksir.
- Ja.


Nie tego się spodziewałam...

Brunet wstał i wyciągnął dłoń po fiolkę. Podała mu ją, trochę się wahając i spojrzała mu w oczy. On tylko kiwnął głową i podszedł do swojej młodszej siostry. Odsłonił jej twarz i pogłaskał ją po niej wolną ręką, unosząc lekko jeden kącik ust. Nachylił się i wyszeptał jej coś do ucha, a jego drobny uśmiech nie znikał z twarzy. Chloe przygryzła drżącą wargę, pierwszy raz w życiu odczuwając słabość. Żal i smutek. Spojrzała za siebie, czując na karku czyiś oddech. Matt stał tuż za nią, przyglądając się uważnie Łowcy, żegnającemu się z siostrą. Nabrał do wszystkiego dystansu, gdy dowiedział się o karze wymierzonej Loganowi, ale teraz był przybity jeszcze bardziej, niż chwilę temu. Przez chwilę wydawało jej się, że najemnik miał łzę w oku. Gdy zwrócił na nią uwagę, szybko spojrzała z powrotem na rodzeństwo. Zaklęła cicho, zdając sobie sprawę, że fiolka jest już pusta, a błękitna mgiełka wychodzi z ust, leżącego na ziemi Azraela. Unosi się, zostawiając bezwładne ciało i kieruje się powoli w stronę twarzy księżniczki. Wyciągnęła przed siebie dłoń i szepcząc cicho zaczęła nakierowywać niemal przezroczysty obłok, który już po chwili znalazł się w ciele Resy. Chloe podbiegła do niej, każąc wcześniej zabrać ciało Łowcy i dotknęła jej czoła, koncentrując na niej całą swoją energię. Wyprostowała się i cofnęła kilka kroków. Klatka piersiowa rudowłosej uniosła się i opadła po chwili. Czynność się powtórzyła. Jej powieki uniosły się, odsłaniając fiołkowe oczy. Zakryła je dłonią, widząc oślepiające światło. Usiadła powoli, a Matt bez zastanowienia podał jej naczynie z wodą. Resa wypiła wszystko od razu i wstała. Na początku się zachwiała, ale zrobiła kilka kroków naprzód i już była w dawnej formie. Jej włosy i skóra odzyskały dawny, naturalny blask i gładkość. Dziewczyna z wdzięcznością przytuliła się do Matta i Chloe, czując płynące po policzka łzy. Odsunęła się od nich nieco, czując sztywne ciało chłopaka. Uniosła głowę i spojrzała mu w oczy.
- Co się stało? - wyszeptała.
- Logan... - jej jedwabisty głos odebrał mu mowę. Nie miał odwagi powiedzieć jej prawdy.
- Nie traćmy czasu. - Chloe nie wiadomo kiedy wróciła z końmi. Wodze jednego z nich, ogiera Łowcy, podała księżniczce. - Opowiem ci po drodze.

* * *

Do jego celi weszło dwóch strażników. Jeden z nich podniósł go z ziemi, a drugi zerwał z niego cały ubiór. Brutalnie wsunął na niego inne, podarte spodnie, nie omieszkając przy okazji zadać mu kilka ciosów w brzuch, czy też w inne miejsce. Już nie reagował, brakło mu na to sił. Zaciskał tylko wargi, żeby nie jęknąć z bólu. Nie chciał pokazywać, że go boli. To nie w jego stylu. Wyprowadzili go z celi i trzymając go, skierowali się na powierzchnię. Gdy dotarli już do wyjścia z lochów, odetchnął świeżym powietrzem, ale jednocześnie się spiął. Jego rany w skutek kontaktu z powietrzem zaczęły szczypać. Bolało jeszcze bardziej. Czuł się tak, jakby miał zaraz zemdleć, ale szedł dalej. Mijając główne wejście do zamku, zauważył, jak Torn stoi przy oknie w swojej komnacie i wpatruje się w niego. Już z takiej odległości był w stanie stwierdzić, że jego spojrzenie było przepełnione gniewem, wściekłością, jak i satysfakcją, że w końcu doprowadzi do śmierci legendarnego Logana Howlett'a. Opuścił głowę, gdy przechodzili przez tłum mieszkańców. Byli wśród nich tacy, co rzucali w niego warzywami, a zdarzało się nawet, że uderzali kawałkami drewna. Zdecydowana mniejszość stała w milczeniu, wiedział, że trzymali jego  stronę, ale mało kto byłby w stanie poradzić sobie z dwoma gwardzistami naraz. W oddali dostrzegł drewniane podwyższenie na którym stała wysoka szubienica. Nie mógł uwierzyć w to, co się dzieje. Karę śmierci mają wykonać za niecałe dwie godziny, a on tymczasem zaprząta sobie głowę tym, czy Chloe się udało. Jeden ze strażników pchnął go, gdyż szedł za wolno, a ten potknął się i upadł na kolana. Pierwszy raz w życiu czuł taki wstręt do wszystkich ludzi. Zawsze ich nienawidził, ale teraz miał ochotę rzucić się na nich i zabić. Z zimną krwią. Jego uszom dobiegły odgłosy dzwonów, co oznaczało, że zostało już mu mało czasu. Strażnicy podnieśli go z ziemi i wprowadzili go po drewnianych schodach na podest. Wszyscy zgromadzeni wokół zamilkli, a on uniósł wzrok na pętlę, która powoli była opuszczana. Zamknął oczy, chcąc nad sobą panować i nie zrobić głupstwa. Zawsze się zastanawiał, jak to jest, zginąć publicznie. Jak jego ofiary.

Mam okazję się przekonać.

Jego myśli zakłócały mu spokój, przypominając przeszłość, gdzie były tylko dwie rzeczy.
Krew...
Szpony, krew i śmierć...

 * * *

Po rozstaniu z Bronx pognała na plac, ocierając wierzchem dłoni łzy. Gdy przekroczyła granicę głównego rynku w miasteczku, zdała sobie sprawę, że wjeżdża między tłum. Spory tłum, który uniemożliwiał jej dalszą jazdę konno. Zeszła zwinnie z siodła i nasłuchiwała rozmów, idąc przed siebie.
- Zaraz się zacznie.
- Mówią, że zabił już tysiące niewinnych ludzi...
Nie miała pojęcia o kim wszyscy mówią, dopóki nie dostrzegła daleko przed sobą szubienicy. Na podwyższeniu stało trzech mężczyzn, jeden z nich, ten związany, miał na głowie szmaciany worek, przez co nie mogła  go rozpoznać.
- Drodzy mieszkańcy. - donośny głos jednego z mężczyzny, zmusił wszystkich na spojrzenie w tamtym kierunku. - Zebraliśmy się tutaj, aby wykonać rozkaz króla, który wyraźnie nalegał na bezzwłoczne wykonanie. Logan Howlett zostanie powieszony za liczne zabójstwa, których dokonał w przeszłości.
Zatrzymała się, słysząc ostatnie słowa wypowiedzi najstarszego ze straży. Zaczęła się przepychać przez tłum, biegnąc naprzód. Jej wzrok cały czas był skierowany na Logana, któremu akurat w tej chwili zakładano pętlę z grubego sznura na szyję. Rozpaczliwie starała się dostrzec coś, co pomogłoby jej powstrzymać mężczyznę w czarnym stroju, który trzymał drugi koniec liny, ciągnąc ją. Lina cały czas się napinała, aż doszło do tego, że bose stopy Logana uniosły się odrobinę.
- Nie! Zostawcie Go! - wykrzyczała, jak najgłośniej potrafiła. Nie potrafiła zapanować nad płaczem, co utrudniało sytuację. Ulżyło jej jednak, gdy zobaczyła, jak lina z powrotem staje się luźna. - To rozkaz!
Wspięła się na podest za pomocą jakiegoś młodego mężczyzny, który stał w pobliżu. Drżącymi dłońmi zdjęła sznur z szyi swojego ukochanego i rozerwała liny, krępujące jego ciało. Starała się nie zwracać uwagi na rozległe rany od pasa w górę, ale nie za bardzo jej to wychodziło.
- Kochanie... - wyszeptała, przytulając go do siebie.
Nawet nie otworzył oczu, rozejrzała się, szukając wsparcia. Gdziekolwiek. U kogokolwiek.
I znalazła. Matt przyjechał tuż za nią, lecz trzymał się z boku, pozwalając jej działać samej. Podbiegł  do niej i wziął swojego brata na ręce. Poszedł z nim w stronę bramy, wyznaczającej koniec terenu, należącego do Torna. Resa domyślała się, że zaniesie go do obozu najemników i szczerze powiedziawszy nie widziała lepszego wyjścia niż to. Wstała i z wyprostowaną posturą zmierzyła wzrokiem wszystkich poddanych, którzy patrzyli się na nią tak, jakby widzieli ją pierwszy raz w życiu. Planowała wygłosić coś w rodzaju mowy, ale sobie odpuściła. Dogoniła Matta tuż przy wejściu do domu w którym niegdyś mieszkał Cristiano. Znała go, jak własną kieszeń, więc bez problemów poznajdywała bandaże. Oczyściła rany Logana i obandażowała je. Kazała Mattowi wyjść i zostawić ich samych.

                                                             ( +18 )

Słysząc zamykające się drzwi, położyła się obok chłopaka i głaszcząc go po twarzy, czekała na moment, gdy się obudzi. Nie trwało to długo, bo już po jakimś czasie otworzył oczy. Widząc ją, od razu usiadł i w milczeniu przytulił ją do siebie. Resa przygryzła wargę, czując pożądanie w dolnych partiach swojego ciała, a on, widząc to, uśmiechnął się i złączył swoje wargi z jej w delikatnym i czułym pocałunku.
 http://25.media.tumblr.com/tumblr_m5cyb8jwTi1rn0y7so1_500.gif
Niewiele trzeba było czasu, żeby stał się on namiętny, a chwilę po tym zachłanny. Logan, słysząc cichy jęk dziewczyny, zjechał ustami na jej podbródek, a następnie na szyję. Drażniąc ją językiem i podgryzając, co chwilę, zaczął zsuwać z niej sukienkę, co wywołało jeszcze głośniejszy jęk, wychodzący z ust księżniczki. Gdy pozbył się już jej gorsetu i sukni, zmienił pozycję tak, że Resa znalazła się pod nim. Trzymając obydwa jej nadgarstki wysoko nad głową, całował ją bez przerwy, domagając się rozkosznych jęków i innych odgłosów. Puścił jej nadgarstki i za pomocą dwóch palców powoli zaczął zsuwać jej bieliznę. Ustami powrócił do jej ust, wdzierając się swoim nieustępliwym językiem między jej wargi. Pieścił nim jej podniebienie, przejeżdżając, co jakiś czas, po jej równych zębach. Dziewczyna wiła się pod nim, jęcząc głośno, oddając mu się powoli. Miała przymknięte oczy i uchylone usta, a jej oddech i serce przyspieszyły do granic możliwości.
 http://media.giphy.com/media/F1WftEL9Luw7K/giphy.gif

 Mruczał cicho, czując pod dłońmi, jak każdy jej mięsień napina się od nadmiaru pożądania. Pozbywając się dolnej części jej bielizny, jednocześnie rozpiął jej biustonosz, rzucając go gdzieś w kąt. Jego dłonie spoczęły na moment na jej piersiach, delektując się nimi. Oderwał się od jej ust na chwilę i spojrzał jej w oczy. Wpatrywała się w niego z wyczekiwaniem, oddychając szybko. Natychmiast podjął decyzję i kładąc dłonie na wezgłowiu, wszedł w nią ostrożnie, a w odpowiedzi otrzymał okrzyk, jakiego nigdy nie dane było mu usłyszeć. Wysunął się lekko i wsunął ponownie, lecz tym razem o wiele głębiej. Resa wrzasnęła, zaciskając dłonie na pościeli. Powtórzył swoje ruchy kilkakrotnie, sprawiając, że w pewnym momencie dziewczyna, krzycząc, eksplodowała na tysiące kawałków, rozluźniając się całkowicie.
Widząc to, do czego doprowadził, wysunął się z niej powoli i położył obok niej, starając się opanować bicie serca i przyspieszony oddech. Księżniczka niespodziewanie zaczęła go całować, przygryzając jego dolną wargę. Nieco zaskoczony, odwzajemnił jej pocałunek dopiero po chwili.
 http://i.pinger.pl/pgr437/952292910008147650300878
W pewnym momencie usłyszał stłumione ziewnięcie, więc oderwał się z niechęcią od pocałunku. Uśmiechając się lekko, odgarnął jej niesforną grzywkę za ucho i pogłaskał ją po policzku.
- Czas spać, księżniczko. - wyszeptał, wpatrując się w jej oczy.
Wtuliła się w niego bez słowa i zamknęła oczy, a on okrył ją i siebie kołdrą. Również zasnął, lecz dopiero po chwili, obejmując ją ramieniem.

*  *  *

czwartek, 28 sierpnia 2014

Rozdział 35

Chloe uniosła swoje ciężkie powieki, czując na twarzy promienie słońca. Z ulgą zauważyła, że szklana fiolka nadal spoczywa przy jej szyi. Zasypiając, ułożyła w głowie plan, który miała zamiar wprowadzić dzisiaj w życie. Zarzuciła na siebie grube futro, które opadało na ziemię. Wyszła na zewnątrz i zadrżała lekko, czując niemal porażający chłód. Westchnęła, widząc, że jej klacz jest jeszcze wyczerpana po wczorajszej wyprawie po eliksir. Zerknęła w kąt szopy, gdzie stał o wiele wyższy i bardziej masywny ogier. Jego żółte ślepia wpatrywały się w nią obojętnie, sprawiając, że znieruchomiała na jakiś czas. Zrobiła krok w jego stronę, lecz on nadal stał w bezruchu.
Przerażasz mnie...

Dopiero, gdy odwrócił wzrok, odważyła się wejść do boksu. Powoli, obawiając się jego reakcji, osiodłała go i wsiadła na niego. Odetchnęła, czując spokojne bicie jego potężnego serca. Zarzuciła kaptur na głowę, a zwierzę ruszyło bez otrzymania komendy. Już po chwili wyjeżdżała przez bramy miasta. Docierając do lasu, zaczęła wysyłać silne impulsy, zużywając ogromną ilość energii. Zero odzewu.

Cholera.

* * *

Całował ją niemalże wszędzie. Składał pocałunki na jej szyi, a wtedy czuła się, jak w bajce. Chciała, żeby to się nie kończyło, już nigdy. Logan doskonale wiedział jak ją zadowolić. Usiadła na nim i oparła ręce o jego tors, po czym nachyliła się, a on po raz któryś złożył na jej ustach namiętny pocałunek, wywołujący dreszcze na jej skórze. Wodził rękami po jej plecach, a kiedy natknął się na rozpięcie od sukienki, oderwała się gwałtownie. Przerwała mu, mówiąc, że nie jest gotowa. Pokręcił głową, dając znak, że zrozumiał i nic na siłę. Położyła się na jego torsie i złapała go za rękę. Jego czekoladowe oczy obserwowały każdy jej ruch, a usta powtarzały w kółko tą samą melodię, w której wyznaje jej miłość.
 Obudził się, dysząc i rozejrzał. Z rozczarowaniem stwierdził, że to był tylko sen. Był tak realny, że nie dziwił się ze swojej pomyłki. Jego serce biło szybciej niż zwykle, a usta miał rozchylone. Zamknął oczy, czując ogarniającą go pustkę. Odgłos ciężkich kroków przywraca go do rzeczywistości. Ethan wchodzi do jego celi, uśmiechając się podle, podchodzi do niego i kopie go z całej siły w żebra. Logan zaklął siarczyście i splunął krwią, kuląc się z bólu.
- To twój ostatni dzień... - zaśmiał się łowca.
- Wy... - urwał w połowie, czując kolejne uderzenie, tym razem o wiele silniejsze. - Wiesz, że Matt się zemści? - warknął cicho.
- Wayland caen me a'baeth aep arse! - wrzasnął gniewnie, podnosząc go z ziemi i przyciskając do ściany. Swoje silne dłonie zaczął zaciskać na jego szyi. - Pilnuj się, bleidd. 
Puścił go i wyszedł, a on opadł na ziemię, krztusząc się i oddychając z trudem. Jego życie legło w gruzach, dosłownie. Z jego pozytywnego nastawienia do życia nic już nie zostało. Jedyne, co go pocieszało to fakt, że razem ze śmiercią, skończy się jego cierpienie. Sam siebie nie poznawał. Nic go nie obchodziło. Bez żadnego wyjątku.



sobota, 23 sierpnia 2014

Rozdział 34

Logan otworzył ciężkie powieki i rozejrzał się dyskretnie. Przyglądał mu się mężczyzna w zbroi na której widniały pazury tygrysa. Gwardzista podszedł bliżej i złapał ręką za jego włosy, zacisnął ją mocno i pociągnął do góry. Wpatrywał się w niego obojętnym spojrzeniem, mrużąc lekko oczy.
- Nigdy nie myślałem, że cię dorwę, bleidd... - zaczął, zmuszając chłopaka, by spojrzał mu w oczy.
Logan dopiero teraz zdał sobie sprawę z kim ma do czynienia, więc milczał, nie chcąc oberwać.

Ethan. Łowca głów.

Spuszczając wzrok na swoje stopy, zorientował się, że klęczy w kałuży swojej krwi. Jego koszula leżała gdzieś obok, pokrwawiona i podarta. Po biczu, którego nie pamiętał, zostały duże blizny na torsie, ramionach i plecach. Nadal był skrępowany, co jeszcze bardziej pogarszało sytuację. Starał się coś wymyślić, lecz ból głowy bardzo mu w tym przeszkadzał. Nie unosząc wzroku, myślał tylko o jednym. Księżniczka. Jej fiołkowe oczy i bujne, pałające ognistym blaskiem włosy. Delikatna cera i gracja z jaką się porusza. Smukłe, aczkolwiek lekko umięśnione ciało.
- ... i tak zawiśniesz. - Logan zacisnął szczęki, słysząc ostatnie słowa, wyłapane przez niego z długiego monologu Ethana. - Za dwa dni.
Łowca puścił jego głowę, przez co wpadł twarzą w kałużę krwi. Liny, którymi został związany, utrudniały mu utrzymacie równowagi. Jedyne, co mógł zrobić, było przewróceniem się na bok. Ta pozycja choć odrobinę poprawiała jego położenie. Zastanawiał się, czy ktoś po niego przyjdzie. Przeklął się w myślach za to, że nie mówił nikomu dokąd jedzie. Jak mają go znaleźć, skoro nie wiedzą gdzie szukać. Uparcie wpatrywał się jedną ze ścian celi. Tym razem Torn wtrącił go do lochów, znajdujących się w piwnicach pod zamkiem. Teraz już miał pewność, że zostanie z tym sam. Po ostatnich zdarzeniach nawet Łowcy tu nie przyjdą. Jedyna nadzieja w Chloe, ale nie mógł mieć pewności, że akurat ona go uratuje. W głębi duszy wolał, żeby zdobyła krew feniksa. I ocaliła księżniczkę. Tak, tego chciał z całego serca. Nic się więcej nie liczyło. Był tak wyczerpany, że nawet ból nie przeszkodził mu w zaśnięciu przy monotonnym kapaniu wody z sufitu.







* * *

Chloe gnała przez las, rozmyślając nad tym, co się stało. Kątem oka zerknęła na szklane naczynie, zawieszone na cienkim łańcuszku przy jej szyi. W małej, szklanej fiolce znajdywała się szkarłatna ciecz. Dotknęła jej dłonią i zadrżała lekko, czując niemal parzące ciepło. Zwolniła, widząc królewską służbę i narzuciła kaptur na głowę. Ich spojrzenia wypalały w niej dziury na wylot.

 Syknęła cicho i zmierzyła wszystkich wściekłym spojrzeniem, a przynajmniej połowa ich odwróciła wzrok. Mijając gwardzistów, uważnie przyjrzała się ich myślom, które aż prosiły się o ich odczytanie.

"Za dwa dni mają go powiesić." - myślał jeden, który opierał się o mur plecami.

"To już jego koniec." - druga myśl dobiegła do niej z głowy wysokiego gwardzisty, który jako jeden z nielicznych nadal się w nią wpatrywał.

Logan, pomyślała, to o nim myślą. Popędziła swoją klacz na obrzeża miasta. Zeskoczyła z niej, dojeżdżając do swojej skromnej chaty i zaprowadziła ją do szopy. Nie przestając myśleć o Loganie, zamknęła ją w boksie i poszła do swojego pokoju. Szklaną fiolkę nadal trzymała przy sobie, bojąc się, że może ją zgubić. Usiadła na swoim, nieco za twardym, łóżku i schowała twarz w dłoniach. Musi zdecydować, jak połączyć ze sobą wszystkie części układanki, aby ocalić zarówno życie księżniczki, jak i Logana. Był jeden problem. Duży problem, pomijając fakt, że zostały jej tylko dwa dni. Ktoś musiał oddać swoją duszę dla Resy, a nie mogła pozwolić na to by był tą osobą chłopak, który przyszedł do niej po pomoc. Ktoś musi się poświęcić.
Tak przecież postępuje rodzina, a z tego co wiedziała księżniczka ma brata i siostrę. Któreś z nich musi się zgodzić, ale nie ma zamiaru zbyt długo nalegać. Ta inicjatywa musi wyjść od nich, inaczej nic z tego nie wyjdzie. Położyła się i powoli opuściła powieki, wiedziała, że długo nie będzie spała, ale chciała zasnąć, chociaż na dwie godziny i przez ten czas o niczym nie myśleć, bo rzadko miewała sny. Tylko czasem, prorocze, ale nawet na takie nie miała chęci. Zasnęła, trzymając w dłoni eliksir.

 * * *



środa, 20 sierpnia 2014

Rozdział 33

Las zdawał się nie mieć końca, a królewska służba nie zwalniała tempa. Elder miał już wilgotne boki, co świadczyło, że już jest na skraju wytrzymałości. Jeden ze strażników jechał tuż obok niego i mierzył z łuku w jego ramię. Logan zaklął siarczyście i szturchnął piętą w zad konia, żeby przyspieszyć, lecz ten stracił równowagę i wywrócił się. Minęły sekundy, jak czuł przy głowie groty strzał, napierających  na niego z całej siły.
- Związać go! - krzyknął jeden.
Logan nie protestował, nie wyrywał się, nie odezwał się nawet słowem. Dowódca jego prześladowców wyznaczył kilku ludzi, żeby go skrępowali. Ten najbardziej rozbudowany skutecznie go unieruchomił, a inny związał jego nadgarstki grubą liną, zaciskając mocno. Następnie związali jego nogi, tak, że nie mógł się poruszyć.

Tacy, jak Ty, się nie zmieniają...
Jesteś taki sam...
Zawiodłeś.

* * *

Rozdział 32

Logan obudził się tuż o świcie i widząc, że Chloe jeszcze śpi, wstał i wyszedł na zewnątrz. Zerknął na niebo, które nie miało ani jednej chmurki. Słońce powoli wyłaniało się zza horyzontu, budząc miasto do życia. Przeczesał włosy z irytacją, patrząc na wpatrujących się w niego strażników. Warknął pod nosem i poszedł w stronę miejscowej stajni, gdzie zostawił wczoraj konia. Wszedł do środka i uśmiechnął się na widok czarnego, jak smoła konia i podszedł do niego. Wypuścił go z boksu, a ten prychnął zadowolony i machnął łbem.
- Zaraz ruszamy, Elder. - uniósł lekko jeden kącik ust. - Nie zawiedź mnie, koniku... - wyszeptał, gładząc konia po boku.
Rozejrzał się po wnętrzu szopy i od razu dostrzegł przyrządy do pielęgnacji konia. Sięgnął po szczotkę ryżową i zgrabnymi ruchami zaczął rozczesywać sierść konia. Czesał centymetr po centymetrze, a gdy już skończył założył siodło i ścisnął odpowiednio pasek, znajdujący się przy brzuchu konia. Otrzepał ręce, przyjrzał się swojemu dziełu i uśmiechnął się lekko. Odwrócił się, słysząc odgłos klaskania. Dziewczyna opierała się o ścianę za nim i patrzyła na niego, nie kryjąc rozbawienia.
- Gratuluję, bleidd. Poszło ci całkiem nieźle, jak na pierwszy raz. - zaśmiała się.
- Nie drocz się. - mruknął, mierząc ją wzrokiem.
Chloe miała na sobie zieloną sukienkę, sięgającą przed kolana. Włosy zaplotła w warkocz, który leżał na jej prawym ramieniu. Stwierdził, że dzisiaj wygląda jakoś inaczej. Przyjaźniej.
Podeszła do swojego konia, który już dawno był osiodłany. Wyprowadziła go z boksu i wyszeptała mu coś do ucha, a ten zarżał cicho. Zmiana w jego wyglądzie była zauważalna na pierwszy rzut oka, jego źrenice były rozszerzone, przez co bardziej było widać nienaturalne, granatowe oczy. Klacz dziewczyny była jasnej karnacji, co z jaskrawymi tęczówkami dawało tajemniczy wygląd. Chloe weszła na konia, wkładając najpierw lewą nogę w strzemiona, a drugą przerzucając na drugą stronę. Logan powtórzył tą czynność i podążył za dziewczyną, która już wyjechała ze stajni. Gdy tylko wyjechali poza teren miasta, przyspieszali stopniowo, aż w końcu ich konie pędziły z niemal nienaturalną prędkością. Już  po godzinie znaleźli się w bujnym lesie, którego drzewa dawały mroczny cień na drogę. Koń Logana gwałtownie się zatrzymał, niemal wyrzucając go przed siebie. Zaczął wierzgać nerwowo kopytami, a jego oczy spanikowane zerkały na boki. Chloe również zatrzymała swoją klacz i spojrzała na niego pytającym wzrokiem. Po kilku chwilach w ciszy, ich uszy wykryły stukot kopyt. Kilka, może nawet kilkanaście koni.

Cholera...

- Uciekaj! - wrzasnęła Chloe, dostrzegając w gęstwinie połyskującą zbroję. - Veloë!

Spojrzał na nią ostatni raz i popędził ogiera do granic możliwości. Czuł się, jak mysz
złapana w pułapkę, nic mu się nie udawało. Prawdopodobnie straci szansę na ocalenie księżniczki. Wiedział z doświadczenia, że koń nie wytrzyma takiego tempa zbyt długo. Słyszał za sobą krzyki gnających strażników, którzy stopniowo się do niego zbliżali. Skręcił raptownie w bok, chcąc ich zmylić, ale plan się nie powiódł.

To koniec... Dorwą mnie... 

                  

Obserwatorzy